Fender Mustang GT 40: mały, ładny i z werwą

Przetestowaliśmy najmniejszego Mustanga z serii GT, która tuż przed wakacjami pokazał Fender. Nowa linia to nie prosta kontynuacja modelowanej serii V, ale też krok w stronę tego czego do tej pory nie było w takich konstrukcjach, czyli np. wbudowanego interfejsu WiFi.

Mustang GT 40 to zupełnie nowy cyfrowy wzmacniacz Fendera. Ten model jest najmniejszym reprezentantem całej serii GT, która oprócz niego obejmuje większe modele: 100-watowy oraz 200-watowy, nazywające się, a jakże, GT 100 i GT 200. My przetestowaliśmy „malucha”, który wydaje się być pierwowzorem całej rodziny i, sądząc po różnych głosach, jej najmocniejszą stroną.

Budowa

Kiedy wyjąłem GT40 z kartonu, zaskoczony byłem jego gabarytami. Wzmacniacz okazał się w rzeczywistości mniejszy niż mi to się wydawało, gdy oglądałem go na zdjęciach. Choć ma klasyczny kształt combo to jest bardzo filigranowy i poręczny. Nie tak mały jak np. Yamaha THR 10, do której jeszcze w tym wpisie wrócimy, ale też znacznie mniejszy i lżejszy niż lampowy Laney Cub 12 czy VC15.

I choć spotkałem się z opinią, że strach na nim usiąść, to nie mogę się z tym zgodzić. Konstrukcja wydaje się być (czy jest to pokazałoby dopiero długie użytkowanie) solidna i co dla mnie najważniejsze, najzwyczajniej ładna. Tak, GT40 dobrze wygląda i tyle.
Z przodu obudowy kryją się dwa, działające w stereo, szerokopasmowe głośniki Fendera o średnicy 6,5-cala, a z tyłu współpracujący z nimi spory otwór bass reflexu (nie stawiajcie go blisko ściany!) oraz włącznik i gniazdo zasilania, port USB, a także gniazdo, służące do podłączenia dedykowanego footswitcha. Nie znajdziemy tutaj stereofonicznych pętli efektów, ani wyjść liniowych obecnych u starszych braci.

Na górze umieszczono wyglądną rączkę, zagłębioną w obudowie i centrum sterowania wszechświatem. To prostsze z czasów Apollo 13 ogranicza się do znanych każdemu enkoderów: Gain Volume, Treble, Bass i większego Master. W stosunku do większych GT, brakuje gałki Middle i Reverb. Muszę Was tutaj od razu zmartwić. W GT 40 nie ma jak na razie patentu pozwalającego zamienić, jeden z enkoderów w łatwo dostępny regulator średnich tonów. Może to się zmieni w raz z kolejną aktualizacją, bo tego typu „skrót” dostępny był w poprzednich Mustangach.

Obok klasyki znajduje się nowoczesność: niewielki, ale wyraźny wyświetlacz LCD, obok którego znajdują się trzy przyciski zmieniające swoją funkcję w zależności od tego co dzieje się na ekranie, do czego jeszcze wrócimy. Za nimi umieszczono duży, wygodny enkoder „nawigacyjny”, który służy do przewijania wyświetlanych presetów, parametrów, modeli wzmacniacz itd. Arsenał uzupełniają jeszcze cztery mniejsze, podświetlane przyciski, służące do nabijania tempa / włączania tunera; wchodzenia do menu, zapisywania zmian oraz wyłączania wszystkich efektów poza symulacją wzmacniacza i kolumny.

Oprócz tego wszystkiego na górnym panelu znalazło się wejście gitarowe, gniazdo AUX (mały jack) i wyjście na słuchawki. To do czego można by się przyczepić to wykorzystanie płyty wiórowej, a nie choćby MDF-u (nie wspominając o sklejce) w konstrukcji obudowy. I choć mam świadomość, że druga z pewnością pozytywnie wpłynęłaby na brzmienie combo, to też i powiększyłaby masę całości.

Funkcje „gitarowe”

Zacznę od tego, że w każdym z GT kryje się 21 modeli wzmacniaczy i 46 różnych efektów, które możemy umieszczać w dowolnym miejscu łańcucha gitara-piec-głośnik. Producent nie ogranicza liczby efektów, ale procesor DSP nie jest z gumy i w pewnym momencie mówi pass. Niemniej, tor audi należy uznać za elastyczny.
Zapytacie pewnie, jakie to wzmacniacze i efekty. Nie będę ich tutaj wymieniał, listę wraz z opisem znajdziecie tutaj. Jedno co od razu rzuca się w oczy to fakt, że 10 na 21 emulacji wzmacniaczy to różnorakie wzmacniacze Fendera, którą uzupełniają klasyki innych producentów. Lista jest taka, że trudno się do niej przyczepić.

Efekty to również klasyka i to bogato reprezentowana. W kategorii Stompbox mam do dyspozyji 8 przesterów, których nazwy typu Orangebox, Blackbox, Greenbox, same chyba wyjaśniają co jest co (a jak ktoś nie wie o co chodzi, to polecam wcześniejszy link). W tej grupie efektów znalazły się jeszcze dwa kompresory (wariancje na temat szarego MXR-a), Cry baby Wah oraz Touch Wah, która jest bezcenna kiedy nie mamy kontrolera nożnego.

Grupa Modulation, kryje w sobie 13 efektów modulacyjnych, gdzie oprócz chorusów, phaserów, tremolo znajdziemy takie ciekawostki jak Step Filter, Ring Modulator czy inteligentny Pitch Shifter. W grupie Delay znajdziemy 9 różnych algorytmów. Tu również są nie zawsze spotykane w sprzęcie z tej półki cenowej perełki: MultiTap, Ducking czy Revers. Reverbów też jest całkiem sporo, bo aż 12. Czy są ciekawostki? A i owszem: Ambient i Shimmer.

Z funkcjonalności dedykowanych stricte gitarze trzeba też wymienić możliwość podłączenia Mustanga do komputera. Niestety jest to tylko komunikacja w jedną stronę. GT wysyła przez kabel USB sygnał audio, dzięki czemu możemy go nagrać, ale nie wzorem poprzednich Mustangów, nie potrafi takiego sygnału odebrać. Oznacza to, że nie jest interfejsem audio, jak wiele (większość?) współczesnych multiefektów czy cyfrowych wzmacniaczy.

Nawigacja

Teoretycznie do poruszania się po opisanych powyżej składnikach wirtualnego pedalboardu mamy tylko niewielki ekran, enkoder i kilka przycisków. Jednak jest to wystarczające by bardzo sprawnie, nawet bez wczytywania się w instrukcje dotrzeć do nawet najgłębiej zakopanych ustawień. Jest naprawdę ergonomicznie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ekran standardowo podzielony jest na trzy sekcje: 1. Numer i nazwa presetu; 2. Łańcuch efektów; 3. Ustawienia wybranego efektu lub wzmacniacza. Tu właśnie do głosu dochodzą trzy przyciski funkcyjne. Służą one do wybrania danej sekcji, w obrębie której poruszamy się za pomocą enkodera, np. przewijamy efekty. Bogactwo ustawień jest więcej niż przeciętne, bo np. w przypadku wzmacniaczy możemy ustawić takie parametry jak BIAS czy SAG.

Warto wspomnieć, że wzmacniacz trafia do użytkownika ze 109 fabrycznymi presetami. Jeśli nie chcemy przedzierać się przez taki gąszcz możemy przygotować sobie setlity, zk†órych brzmienia będziemy wybierać ręcznie albo sterując wzmacniaczem przełącznikiem nożnym. Właśnie… GT 40 możemy sterować również zdalnie. Podczas gry najlepiej byłoby skorzystać z dedykowanego (z innymi niestety ten piec nie zadziała… sprawdzałem) kontrolera MGT-4. Pozwoli on nie tylko zmieniać presety, ale da dostęp do 60 sekundowego loopera, a nawet włączać/wyłączać poszczególne efekty.

Jest jednak jeszcze jedne sposób… nowocześniejszy. Można wyjąć z kieszeni naszego smartfona i praktycznie wszystko co do tej pory zostało powiedziane zrobić na ekranie aplikacji Fender Tone. Ze wzmacniaczem łączymy się poprzez Bluetooth i wszelkie ustawienia w tym najbardziej upier, znaczy uciążliwe wprowadzanie nazw presetów. W aplikacji możemy również „dostać” się do biblioteki brzmień nazwanej Tone Cloud, do której zachęcam zaglądać, bo jest w niej dużo wartościowych ustawień.

Po co WiFi we wzmacniaczu

To, że GT 40 mam na pokładzie łączność Bluetooth już wiecie. Nie napisałem jednak o tym, że dzięki temu Mustang może zamienić się w bardzo przyjemnie i głośno grający głośnik, który możemy połączyć z tabletem lub telefonem. Pozwala to nie tylko na puszczanie podkładów do naszych zabójczych solówek granych przez emulacje w GT 40, ale też na używanie go podczas imprez. Ja latem używałem go do puszczania muzyczki w ogrodzie.

Druga w sumie mało gitarowa funkcja to wbudowana w ten piec obsługa sieci WiFi. Je dodanie to ukłon w stronę użytkowników, dla których aktualizacja oprogramowania systemowego (firmware’u) cyfrowych urządzeń jest zbyt skomplikowana. Tutaj trzeba tylko na początku podłączyć GT do domowej sieci, a później od czasu do czasu sprawdzić czy nie pojawiła się aktualizacja. Jeśli na serwerach będzie coś nowego, wzmacniacz sam już dalej sobie poradzi z całą procedurą instalacji. Dla mnie super sprawa. Działa i nie wprowadza zakłóceń podczas grania.

WiFi przydaje się jeszcze do jednej rzeczy, a której była już mowa. Okazuje się, że biblioteki Cloud Tone, wcale nie musimy przeglądać na telefonie. Równie dobrze możemy do niej wejść poprzez menu na GT 40. Szkoda tylko, że oprogramowanie nie pokazuje żadnych informacji o presetach poza nazwą

Brzmienie

Kiedy przeglądałem filmy poświęcone GT zobaczyłem niezbyt pochlebne opinie o tym maluchu. Zupełnie nie wiem z czego one wynikają (sugeruję się „nie sugerować”, a z filmów obejrzeć np. ten).
GT 40 robi bardzo dobrze to do czego został stworzony. Faktem jest, że wzmacniacz od tego czasu premiery doczekał się już kilku aktualizacji, które w przynajmniej dwóch przypadkach poprawiały na plus jego funkcje i brzmienie. GT40 to małe, zgrabne combo, które ma spełniać wymagania stawiane wzmacniaczom, które amerykanie opisują jak „bedroom amp”. Rozpatrywanie go w innych kategoriach nie jest do końca fair. Owszem, wzmacniacz w specyfikacji ma 40-watów, ale to moc wytaczająca do porządnego pogrania w domu, ew. solo w małym wnętrzu. Moim zdaniem nie jest to jednak wystarczająco dużo by komfortowo grać w zespole.

Zdjęcie: Fender

Za to najmniejszy Mustang bardzo dobrze reaguje na zmianę instrumentów i przystawek, dobrze też czyści się gałką volume na gitarze. Wiadomo, to nie jest cyfra na miarę Axe, ale trudno pisząc o nim uniknąć porównywania go do ikony cyfrowego grania na małych głośnościach, czyli Yamahy THR 10.

Muszę przyznać, że GT z tego porównania wychodzi obronną ręką. Z pewnością dużą zasługą są tutaj lepsze głośniki niż te zastosowane w Yamasze. Poza tym Mustang ma bardzo rozbudowaną listę emulacji i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Gdyby trzeba było wybierać THR 10C (Clean) z pewnością postawiłbym na Fendera. Bibliotekea emulacji jego własnych wzmacniaczy jest jego największym atutem. Po prostu jest w czym wybierać.

Jest jednak w GT 40 (i całej serii GT) pewien haczyk. Choć mamy w nich do dyzpsozycji całkiem sporo emulacji kolumn głośnikowych to jedna daje to co dawać powinna dobra odpowiedź impulsowa. Próbujcie wszystkiego, ale ten wzmacniacz pełnie pokazuje, kiedy wybierze się paczkę opisaną jako 412 GB. Najlepiej przestawić na nią wszystkie presety. Drugi „tip” to ustawienie parametru SAG na „Less”, co pozwoli wydobyć więcej niuansów, kiedy będziemy zmieniać dynamikę poprzez artykulację. Grając na granicy przesterowania to potrafi zdziałać cuda. Warto spróbować.

Gdyby to combo miało jeszcze wbudowany akumulator… niestety nie ma, a szkoda!

Podsumowanie: Mustang GT 40 to dla mnie tzw. trzeci wzmacniacz, coś co ja postawiłbym w sypialni albo zabrał na działkę. Jest przy tym na tle dobry i ma tak dużo możliwości, że można polecić go każdemu kto zaczyna gitarową przygodę. Od THR gra głośniej, pełniej i zdecydowanie więcej może. Ale, jak zawsze to Wasze uszy muszą zdecydować!

Specyfikacja

  • Wejścia: gitarowe 1/4”, Aux 3,5 mm
  • Wyjścia: footswitch/pedał ekspresji 1/4”; USB audio, słuchawki 3,5 mm
  • Inne: Bluetooth, WiFi
  • Głośniki: 2×6,5” szerokopasmowe + bass reflex
  • Moc: 40 watów (2×20 watów w stereo)
  • Obudowa: płyta wiórowa 5/8 cala
  • Wymiary: 26,7×38,73×21 cm
  • Waga: 6,25 kg
  • Cena: GT 40 ok. 1000 zł; footswitch MGT-4 ok. 300 zł

Informacje i wideo: Fender

Dziękujemy firmie Fender za udostępnienie wzmacniacza do testów.

2 thoughts on “Fender Mustang GT 40: mały, ładny i z werwą

  1. Sławek
    22 września 2017 at 22:48

    Przesłuchałem w internecie brzmień i różnych demonstracji.
    Na oko [ucho] stwierdzam jedno; ‚Pozytywka’.

    1. Andrzej Pająk
      22 września 2017 at 22:52

      Na oko – o niebo fajniejszy niz toster THR. Ale 10 jest za to malutka co jest zaleta. Rzecz gustu… Mnie THR z filmow na YT tez zupelnie nie zainteresowala, do momenty kiedy odbieralem gitare od lutnika i mi wyjal piecyk do sprawdzenie. Ciekaw jestem jak odbierasz takie cyfry jak Helix, AX8, albo chociazby Eleven Rack?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *